Osobiście…
28 października 2015 Życie 13 komentarzy

Osobiście…

To jest jeden z tych tekstów, których trochę się obawiam. Pisanie o własnej kuchni jest trudne.

Piszę jednak dlatego, że wierzę, że na cudzych historiach też można się uczyć. Opowiem Wam zatem trochę o mojej rodzinie. A dokładniej, o części relacji z Basta-Mężem.

My jesteśmy taką parą od pierwszego wejrzenia. Na wstępie był szał. Ochy, achy i serce dudniące mocniej niż Acid Drinkers. Życie mieliśmy intensywne, zabawne i często mocno sprzyjające. Jakby jakiś niewidzialny huragan wiał nam w plecy. Czasami wieczorami łapałam w związku z tym lekki stres. Myślałam, że to niemożliwe, żeby wszystko było aż tak dobrze. Ale było. Jest do dziś, ku memu okazjonalnemu zdziwieniu.

Tu muszę wrzucić dygresję, zbaczając nieco z torów tej opowieści. Chodzi o ten stres właśnie. Macie tak czasem, że jeśli wszystko toczy się cudnym torem, w brzuchu zaczyna budować Wam się lekki niepokój? Takie oczekiwanie, że zaraz na pewno coś łupnie. Niespodziewanie i z półobrotu. Bo przecież tak dobrze być wiecznie nie może. Ja łapię (albo łapałam) dość często tę emocję. Do dnia, kiedy jedna zaprzyjaźniona mędrczyni, skomentowała to najprościej w świecie.

– A nigdy nie pomyślałaś, że Ty po prostu na to szczęście zasłużyłaś? spytała.

Jak młotem w łeb. No jasne, że nie pomyślałam.

Teraz już myślę.

Koniec dygresji. Wracamy do wątku.

Po paru latach życia, które w absolutnej większości po prostu było prześmiane (tak w głos, bo Basta-Mąż ma ten dar, że często mnie rośmiesza), przepodróżowane i maxymalnie beztroskie, przeszliśmy do trybu „serious stuff”. Wjechały kredyty, leasingi i pierwsza Basta-potomkini. Swoją drogą, to zabawne, że w poprzednim zdaniu, dziecko siedzi tuż obok kredytu. Skrót myślowy taki – zestaw elementów stabilizujących życie. Wciąż byliśmy szczęśliwą rodziną. Trochę inaczej skonfigurowaną, ale bardzo nam to pasowało. Coś oddaliśmy (beztroskę dnia codziennego), ale zyski były dużo cenniejsze. Dojrzewaliśmy.

Po paru latach życia we troje zachciało nam się następnej rundy. Tak powstawał pomysł na drugie dziecko. Od pomysłu, do czynu poszło gładko. Wszak proces tworzenia przyjemny jak szlag.

No i właśnie… tu dochodzimy do początków tego roku (2015).

Mając już małego człowieka w brzuchu, rozmawialiśmy o planach. Staliśmy przed naszą kuchenną ścianą (kiedyś pisałam o niej tutaj –> jest też jej ubiegłoroczne zdjęcie) i listowaliśmy rzeczy, które są dla nas ważne i których na pewno nie chcemy zaniedbać. Mieliśmy świadomość, że ten rok może być dla nas trudny. Bo produkcja nowego małego człowieka, próba dobrego/uważnego wychowywania starszego (ale wciąż małego), dość napięte rytmy dnia, plany wspólne, ale też indywidualne. Dużo tego było.

Rozmawialiśmy wtedy długo. Jedną z rzeczy, której na pewno chcieliśmy w tym roku dopilnować były… niespodzianki. Kiedyś robiliśmy je sobie często, powodując mega radochę w systemie. Nie chodzi o sprawy typu: cho maleńka na kolację, a raczej o momenty, kiedy jedno planuje zaskoczyć drugie. Tak po maxie. Spektakularnie. Pamiętam, że zastanawialiśmy się wtedy chwilę nad tym, czy ten punkt w ogóle zapisać. Wydawało nam się to oczywiste, że przecież robić sobie niespodzianki lubimy i chcemy. Będziemy więc naturalnie kontynuować tę praktykę. Zapisaliśmy jednak. I dobrze, bo tutaj zadzieje się pointa.

Już prawie listopad. Za chwilę Mikołaj, Święta i moje urodziny (te zawsze wyznacznikiem końca roku). 2015 już się kończy, a nasze zaskoczenia są wciąż tylko punktem na ścianie. Dobrze, że jest kuchenna, bo codziennie nie da jej się pominąć wzrokiem. To trudne, nagle sobie uświadomić, że już od prawie roku nie zrobiliśmy dla siebie niczego zaskakującego.

Piszę o tym z dwóch przyczyn.

  1. Bo czasami słyszę, że plany noworoczne są do dupy. Że bez sensu. Że jak człowiek czegoś chce, to powinien to zrealizować, a nie planować w okolicy Sylwestra. To nie prawda. Warto stawiać sobie cele i regularnie sobie o nich przypominać.  Bez tego, może się Wam nagle okazać, że ręka na pulsie dobrego życia dawno już nie jest utrzymana. Że życie prowadzi Was samo, drogą statystycznie smutną. Na pewno nie taką, którą wyśniliście sobie kiedyś w dzieciństwie.
  2. Bo jest listopad. Jeśli Ty też masz jeszcze jakieś niezrealizowane plany na ten rok – now is the time! Czy na pewno 2015 jest i był dla Ciebie dobry? Czy przeżyłeś to, co chciałeś, byłeś tam, gdzie planowałeś, poznałeś tych, którzy są dla Ciebie cenni?

Masz jeszcze czas!

To tyle.

Kocham Cię, Basta. Moja niespodziana wjeżdża niebawem. Beware!

13 komentarzy
Poprzedni Kobieto, ogarnij swoje mocne strony! Odcinek 3 Następny Jak chcesz dostać, zacznij dawać. Rzecz o rekrutacji

To był ciężki rok, ale jego końcówka zapowiada mi nowy początek 🙂 U mnie wszystkie plany zrealizowane. Też Cię kocham! 🙂

paulinabasta.com

klap, klap, klap!! Ja jeszcze trochę mam do nadrobienia, ale już jestem w drodze 😉

Dwójka bardzo małych, listopad …. czasem po prostu nawet Basta nie ogarnie „niespodzianki” i to dobrze. Bardzo wartościowy tekst ! Prawdziwy ! Z mojej perspektywy Basta ogarnia i to, tak jak wcześniej nie ogarniała ! Dobrze jest powiedzieć innym kobietom, że czasem każda z nas po prostu nie ma siły, zapomina, staje przed wyborem; dzieci czy mąż itd…
Nie da się inaczej !
Szaleństwo wiecznego ogarniania i gonienia uśmiechu za wszelką cenę jest tak samo szkodliwe jak marazm i brak celu 🙂
Chwalmy się naszymi rozterkami, tak jak chwalimy się naszymi sukcesami !

paulinabasta.com

To prawda! Ale żeby było jasne – Basta-Męża również złapał listopad… To takie ogólno-ludzkie chyba, nie tylko kobiece… U nas tylko pewnie trochę bardziej widoczne (głównie za naszą sprawą;))

To był zdecydowanie najlepszy dla mnie rok od wielu lat i gratuluję sobie dzisiaj, że był własnie taki dzięki mojej pracy. Jest też trochę rzeczy, za które muszę się zabrać, żeby móc podsumować go jako w 100% satysfakcjonujący, Twój post mi to dzisiaj uświadomił, dzięki!

paulinabasta.com

Proszę bardzo, Agatta:) Tik, tak, tik, tak – jeszcze mamy dwa miesiące.

pochwalę się a co, jakoś nigdy się nie chwalę wszem i wobec to teraz wyskoczę z grubej rury i chwalenie się pójdzie w Internety! 😉 Czytam wszystkie posty, często myślę mam tak samo, ale dzisiaj czuję, że muszę napisać. Mam tak samo… wszystko się układa, wszystko iskrzy, wszystko po kolei, jest kolorowo i jak w bajce. Mamy siebie, małego człowieczka, zdrowie, wielką rodzinną miłość, wzajemny szacunek i parę innych drobnostek…Często myślę, że jest za dobrze, że wszystko się układa i zastanawiam do kiedy. Wcześniej, zanim się wypatrzyliśmy na wielkim stoku narciarskim bywało różnie, raczej w ciemnych barwach, faktycznie trzeba zmienić myślenie, że się na to dobro swoim dobrem i pokorą zasłużyło… od dzisiaj tak myślę i przestaję się katować obawami 🙂
Miłego dnia!
M.

paulinabasta.com

Bardzo się cieszę, Marta! O to właśnie chodzi!!:)

Ten czas, ze dlugo jest dobrze i jak o tym pomysle, to potem sie boje, ze cos gruchnie, dotyczy zdrowia mojego dziecka. Zazwyczaj wtedy pojawia sie chorobsko…
co do planow niezrealizowanych – najwazniejsze, ze nad tym pracujemy, jestesmy swiadomi tego, ze nie wychodzi i dazymy do realizacji, a ze czasem nie wychodzi to nazywa sie zycie. Wazne, ze swiadome zycie!

Przyjemny tekst. Zauważam w nim kilka silnych przekazów:
Przekaz 1: Szczęście.
– cyt.: „A nigdy nie pomyślałaś, że Ty po prostu na to szczęście zasłużyłaś? spytała.”
Czy na szczęście można zasłużyć? Jeśli tak, to co należy zrobić? Jaka jest recepta na szczęście? Jeśli na szczęście zasługuje się, to na nieszczęście także. Skoro spotyka kogoś nieszczęście, to znaczy że zrobił coś co na niego to nieszczęście ściągnęło. Więc ci, którzy są nieszczęśliwi, zasłużyli na to, prawda? Zatem Syryjczycy w 2015 i Żydzi w 1942 zasłużyli na swoje nieszczęście. To logiczna konsekwencja myślenia o możliwości zasłużenia na szczęście. Nie, szczęście nie przychodzi dlatego, że ktokolwiek na nie zasłużył a nieszczęście odwrotnie. Świat nie jest sprawiedliwy i przewidywalny. To złudzenie. Przyjemne i pozwalające na wygodę, ale złudzenie.
Przekaz 2: Kredyt
cyt.: „Wjechały kredyty, leasingi i pierwsza Basta-potomkini. Swoją drogą, to zabawne, że w poprzednim zdaniu, dziecko siedzi tuż obok kredytu. Skrót myślowy taki – zestaw elementów stabilizujących życie.”
Filip Springer powiedział, iż największym blefem, na który prawie wszyscy ludzie w Polsce dali się nabrać po 1989 roku było przekonanie, iż posiadanie kredytu jest wyznacznikiem dorosłości i stabilizacji. Kredyt jest produktem banku, a przekonanie iż należy go posiadać i jest elementem stabilizującym życie jest produktem działu marketingu tego banku. To tak, jakby chłop w XVIII wieku cieszył się, że musi iść na pańszczyznę bo ona jest elementem stabilizującym jego życie. To łańcuch, który kapitalistyczny system bankowy wkłada na ludzi, aby zarobić, a nie komukolwiek cokolwiek ustabilizować.
Przekaz 3 i najważniejszy: rola planów i celów w życiu.
Cyt.: „Warto stawiać sobie cele i regularnie sobie o nich przypominać. Bez tego, może się Wam nagle okazać, że ręka na pulsie dobrego życia dawno już nie jest utrzymana. Że życie prowadzi Was samo, drogą statystycznie smutną. Na pewno nie taką, którą wyśniliście sobie kiedyś w dzieciństwie.”
Zgadzam się, że warto sobie stawiać cele i je realizować. Czy w naszych celach powinniśmy ująć to, co jest nieuchronne w każdym życiu i to zaplanować, by przyszło na naszych, a nie swoich warunkach? Mam na myśli chorobę, starość i śmierć. Czy człowiek jest zdolny do zaplanowania, iż zestarzeje się tylko na swoich zasadach i umrze też wtedy, gdy on będzie chciał? Cel i plan nie są fetyszami, są tylko środkiem. Robienie z celu i planu centralnej osi działania może nie zostawić miejsca na samo przeżycie życia. Jesteśmy mrówkami na autostradzie, mogącymi w każdej chwili być rozjechanymi. Autostrady nasze plany nie obchodzą. Dobrze o tym pamiętać. I swoje plany robić i je realizować

Dziękuję za ciekawy impuls do przemyśleń i pozdrawiam.

M

paulinabasta.com

Marcin – mój tok myślenia jest nieco odmienny od twojego.
1) Temat szczęścia traktuję dość „luźno”. Ogólnie mówiąc, wierzę w to, co sprawia, że czuję się lepiej i mam energię do działania. Prawdy absolutne nie istnieją, tak samo jak jednoznaczne odpowiedzi. Więc jeśli pytasz mnie, ze spokojem ducha (i zupełnie ignorując prezentowaną przez Ciebie logikę wypowiedzi) powiem – jeśli dzieje mi się dobrze, chcę myśleć, że w dużej części to wynik dobrych decyzji powziętych wcześniej. Analizując niepowodzenia, przybieram zupełnie inną strategię. Ta już zależy od typu zdarzenia.
2) Dla mnie stabilizacyjna funkcja kredytu to po prostu o fakt, że jest to zobowiązanie stałe. Trzeba płacić, więc trzeba zarabiać. Wprowadza pewien narzucony porządek. Można ten porządek próbować zmieniać, ale nie jest to takie proste jak w erze „sprzed kredytu”.
3) Nigdy nie namawiam do robienia z celów centralnej osi działania. To mechanizm wspomagający. Taki, często potrzebny przypominak. Ręka na pulsie… Wątek śmierci czy starości wydaje mi się oczywisty.

Taką ‘zaprzyjaźnioną mędrczynią’ jest dla mnie moja mama. To ona zawsze sprowadza mnie na ziemię, kiedy zaczynam lamentować, że wszystko jest tak piękne, takie jakim to sobie zawsze wyobrażałam, że zaraz coś się pewnie popsuje. Uciekam myśleć nad jakąś niespodzianką dla swojego męża:-)

paulinabasta.com

Trzymam kciuki zatem i ściskam mądrą mamę:)