To była linia 133
4 maja 2016 Praca 9 komentarzy

To była linia 133

Próbujesz pracować dobrze. Codziennie myślisz, wyciągasz wnioski, podejmujesz decyzje. Czasami dostajesz piachem po oczach. Częściej czujesz, że świat jest twój.

M. jest młodą mamą. Po siedmiu latach pracy (w zawodzie) i prawie trzech latach pracy (z mężem, w zaciszu), wreszcie się udało.

W czwartek mieli podjąć decyzję o in vitro. W poniedziałek wyszły dwie kreski. Ot, niespodzianka taka.

Gdyby tylko potrafiła wyłączyć w sobie bezkresne zamiłowanie do logiki, z tej radości zaczęłaby chyba wierzyć w Boga.

Ciąża minęła jej sielsko. Początki życia małego człowieka – anielsko. Symbioza.

I wtedy M. wróciła do pracy

Pracy, która kiedyś była dla niej jak powietrze.

Chociaż czasami zatrute, oddychamy ochoczo.

Wróciła chętnie.

W zasadzie, to tęskniła. Była gotowa na powrót do świata dorosłych.

Zdarzało się, że w pracy odpoczywała. Nie dlatego, że mało się działo (co to, to nigdy). Dlatego, że lubiła tempo zawodowego życia.

Szefa miała wyrozumiałego. Mówił, że czekają, że miejsce dla niej jest i będzie zawsze. Że gratuluje powiększenia rodziny. Sam przecież miał dwójkę własnych klonów.

Przy pierwszej rozmowie na temat godzin pracy, żwawo tylko kiwał głową.

Jasne, że będziesz mogła wychodzić o stałych godzinach.

No weź, przestań! Wiadomo, że nigdy, przez pracę nie spóźnisz się po dzieciaka do żłobka. Ja Ci to gwarantuję. Szef twój i patron. Przecież znamy się od lat.

Kłamał

Normalne. Deklaracje są przecież takie łatwe. Gorzej, gdy przyjdzie je zrealizować. Trochę tak jak w polityce.

W czasach pokoju, ludziom żyje się dobrze. Powoli. Z wyrozumiałością w oku. Gdy przychodzi ciśnienie, zaczynają się schody. Bo umowa, umową, ale prawdziwe oczekiwanie jedzie po zupełnie innej szynie. Nagle okazuje się, że elastyczność w pracy to tylko jakaś dźwięczna, ale smutna deklaracja.

M. miała trudny czas. Próbowała wyrobić na kilku frontach. W pracy, w domu, w żłobku, na spotkaniu z przyjaciółmi, na imieninach wujka Bogdana. Bardzo próbowała. Udawało się różnie.

Najgorzej było w pracy. Tam, wraz z upływem czasu, zrozumienia było coraz mniej. Codziennie, gdy wychodziła z biura, odprowadzał ją powłóczysty wzrok szefa. Miała wrażenie, że ten robił się coraz brzydszy. Jakiś taki spocony i przetłuszczony. To pewnie dlatego, ze coraz mniej go lubiła.

Początkowo nie robił jej wyrzutów wprost. Z czasem, zaczął częściej opowiadać o rosnących potrzebach zespołu, konieczności zaangażowania nadzwyczajnych sił i innych takich.

Ona angażowała. Jak już dziecko poszło spać, włączała komputer i zaczynał się taniec na drugiej zmianie. Nie lubiła tej praktyki, ale dzielnie uprawiała ją co wieczór. W ciągu dnia też była na pełnych obrotach. Od rana w pracy – zawsze z zadyszką. Potem biegiem na tramwaj do żłobka. Tu też niewyróba. Bo inni rodzice są wcześniej (jak oni to w ogóle robią?!), bo dzieci ich nie zamulają tak długo w placówce. A potem dom i obiad, i zakupy, i to cholerne, rąbane awizo…

Jakoś dawała radę.

Do czasu.

To był wtorek

Jadąc do pracy, odcięło jej zasilanie. Zemdlała w autobusie.

To była linia 133. Na trasie dom – praca, zazwyczaj czytała jakieś 27 stron książki (co kilka dni innej). Była mistrzynią w czytaniu na stojąco. Tego dnia przeczytała cztery.

A potem padła.

Obudziła się jak już ją ktoś wynosił. Że na świeże powietrze ją dajcie. Panie kierowco! Halo! Ratunku!

Gdy przyjechała do biura spóźniona, opowiedziała tę całą historię. Szef wywrócił tylko okiem i rzucił coś pod nosem, że mogła dać znać wcześniej czy jakiś inny smut. No bo przecież jak wcześniej? Że w momencie padania-na-twarz wcześniej?

No i tu już pękło. To był dzień, kiedy ani świat, ani szef, ani nikt inny się o nią nie zatroszczył. Postanowiła więc naprawić ten błąd sama. Wieczorem zamiast do pracy, zasiadła do pracuja. Zaaplikowała na kilka ciekawych stanowisk. W piątek miała pierwszy telefon. Do końca miesiąca miała już nową ofertę pracy.

Poszła sobie. W świat.

Na wstępie, w nowej firmie, powtórzyła ze sto razy, że dziecko ma w pakiecie. Że ten cholerny żłobek o 17stej zamykają.

Kobieta po drugiej stronie stołu tylko się uśmiechała.

Sama też miała dzieciaki. Dobrze znała tę historię.

M. w nowej firmie pracuje do dziś.

Zdarza się, że również wieczorami.

Niby nic się nie zmieniło, a jednak bardzo dużo.

Nowa szefowa rozumie.

Oczekuje wyników, ale dba o to, żeby M. już więcej nie mdlała.

Wczoraj był dzień, gdy M. awansowała.

Normalnie jest we mnie duma.

You go girl!

Wiem, że to czytasz.

9 komentarzy
Poprzedni To jest zupełnie niepotrzebne Następny Jeśli się wahasz, przestań

Gratuluje M.! Inspirująca historia.

dziękuję…

Jaktosieststało?

Czy w tej historii występuje jeszcze maż jakkolwiek ?

Miroslaw Bednarski

Mężczyźni faceci też trafiają się na poziomie;) nawet w świecie szalonych targetów. W tym przypadku poległo przypisanie zadań M. w sytuacji kiedy być może było to ponad siły. czasem ambicje pchają nas ponad siły. O lokowaniu w kapitał ludzki nawet nie ma co wspominać. Ciekawi mnie jaki profil miała poprzednia firma M.

NIe jest łatwo w codziennej pętli powiedzieć stop. Zazwyczaj następuje to, gdy dana sytuacja odcisnęła już pewne piętno na naszym zdrowiu psychicznym bądź fizycznym. Najważniejsze jednak to znaleźć siłę na lepsze jutro…

Żeby to było takie proste – usiąść do pracuja, wysłać kilka aplikacji i do końca miesiąca mieć nową pracę.
Jaki jest fenomen M. ?

paulinabasta.com

Mądra, ciężko pracująca, zaangażowana… Ot, drobnostki same;)

Gratuluję, szkoda, że musiało się stać to, co się stało. Ja też podjęłam decyzję o rzuceniu pracy, powód był inny – powszechny mobbing. Sytuacja nie przedstawiała się fajnie zwłaszcza dlatego, że jestem dużo starsza od naszej M. Ale uznałam, że trzeba mieć do siebie szacunek i nie można sobie pozwolić, żeby ktoś z emocjonalnymi kłopotami zatruwał nam życie. Wprawdzie nie mdlałam, ale też dopadły mnie kłopoty zdrowotne. I wiecie co? Udało mi się znaleźć pracę w ciągu miesiąca. Naprawdę trzeba podejmować ryzyko, gdy czujemy, że dłużej się nie da.

paulinabasta.com

Albo nawet jedną chwilę wcześniej… Dobrego dnia Iwona, dzięki za twój głos w dyskusji.