Nie bądź komunikacyjnym cinkciarzem! Rzecz o wyzwaniach
17 czerwca 2015 Praca 23 komentarze

Nie bądź komunikacyjnym cinkciarzem! Rzecz o wyzwaniach

Dużo się w ostatnich latach pisze o "języku sukcesu". Skrajnie sekciarskie skrzydło tej filozofii, w uproszczeniu twierdzi, że jesteś tym, czym mówisz, że jesteś.

Naturalnie, jest w tym podejściu cząstka prawdy. Jak codziennie będziesz wizualizował jakąś sytuację, w oczywisty sposób będziesz do niej dążył. Włożysz więcej wysiłku w realizację swojego celu i wreszcie, pewnie Ci się uda. Z tej perspektywy – jeśli taka technika miałaby Ci pomóc – warto się nad nią pochylić.

Jest jednak w tej sferze rzecz, która ostatnio doprowadza mnie do ukrytego szału. W korpo-świecie widzisz to na każdym kroku. To metoda nazywania rzeczy innymi, niż są w rzeczywistości. Taka komunikacyjna cinkciarka.

Historia mojego dzisiejszego popołudnia

W okolicy 17-tej zadzwonił do mnie telefon. Rozmówca okazał się head-hunterem. Opowiadał o bardzo ciekawej ofercie pracy. Mówił, że przestrzeń, że możliwości tworzenia, a nie tylko od- lub prze-twórstwa, że firma otwarta na mocne wietrzenie w HR-ze. Ogólnie – sama radość. Po chwili jednak zawiesił głos i powiedział:

– no, ale są i problemy;

– problemy? (rzuciłam, szczerze będąc ciekawa tego wątku – toć nie szukaliby świeżej krwi, gdyby żyło im się idealnie);

– yghhhh! Nie problemyWyzwania!

Dokończyliśmy rozmowę, a Basta pogrążyła się w zadumie. Bo problem to przecież problem, a wyzwanie mimo, że stoi blisko, to na pewno nie na tym samym miejscu.

Wiem, dlaczego ludzie posługują się tego typu retoryką. Tylko, po paru latach jej stosowania, stwierdzam jednoznacznie, że jest po prostu głupia. Z kilku powodów.

  • Bo to kłamstwo. A kłamać nie wolno.
  • Bo ludzie tracą kontakt z bazą. Proste rozwiązania są najlepsze i najtrudniejsze. Każdy głupi to wie. Ta zasada dotyczy chyba wszystkich dziedzin życia. Komunikacji również.

Załóżmy, że pracujesz w Biedrze na kasie. Jesteś dziś w pracy już siódmą godzinę i, jak co dzień, podchodzi klient awanturujący się. Że kisiel powinien być tańszy, niż orzekł paragon. Znasz ten temat. Codziennie się z nim mierzysz. Ktoś w centrali coś zepsuł w kodach i do przyszłej środy nie uda się tego zmienić. Ty to wiesz, twój kierownik to wie, ale klient purpurowieje z wściekłości. Ręką wymachuje, a spod pachy fiołkami wcale. Od opowieści o kisielu, płynnie przechodzi do tematów ogólnospołecznych, takich jak wyzysk obywatela, złodziejstwo i pijaństwo w narodzie. I jasne, że mógłbyś zgłosić ochronie kolejne „wyzwanie” dnia. Tylko po co? Masz przecież problem, który ani Cię nie ekscytuje, ani nie zaskakuje. Semantyka (choćby najbardziej wyuzdana) nie spowoduje nagle, że ogarniesz tę sytuację lepiej/sprawniej/szybciej niż standardowo.

Tak samo jest z wieloma sytuacjami, które dzieją nam się w korpo-pracy. Awanturujący się biedra-klient może być alegorią każdej kolejnej, trudnej historii, które stają przed nami przecież codziennie. Po co więc niepotrzebnie fałszować rzeczywistość i mówić do ludzi językiem nie najprostszym? Czasami, po prostu problem to problem i tylko taki komunikat jest dla człowieka czytelny, zrozumiały i mobilizujący do działania.

  • Bo to krótkowzroczne. Na krótki dystans, metoda „wyzwania” zamiast „problemu”, ma wyzwolić w człowieku chęć pokonania jakiejś bariery. Za każdym razem miałby się w nas budzić mały Barney Stinson, a w głowie dźwięczeć „challenge accepted„. I to jest możliwe. Jednak tylko w przypadku sytuacji, które wydają się człowiekowi albo wyjątkowo ważne, albo wyjątkowo ciekawe (celowo powtarzam słowo „wyjątkowo”). Kolejny, regularny problem w biznesie nie podnieca. Jest  za to znany i przewidywalny. Nawet jeśli nazwiesz go wyzwaniem, ten wciąż pozostanie… tylko problemem.

Nazywajmy więc rzeczy po imieniu. Gwarantuję, że takie wietrzenie swojej filozofii komunikacyjnej potrafi zdziałać cuda. Fiołki spod pachy pana z Biedry, zamienią się wtedy w Chanel. Watro przemyśleć, czym chcesz dziś pachnieć. Szczególnie że lato w pełni, a autobusy przepełnione.

23 komentarze
Poprzedni Podwyżki (nie) dla wszystkich Następny Twój styl zarządzania nie jest historią o Tobie

Chyba nie rozumiem tytułu, co ma do tego cinkciarz – warto znać genezę tego słowa, akurat dziś właśnie w tej chwili leci 1 odcinek 07 zgłoś się odnoszący się między innymi do nielegalnego handlu walutą za czasów PRL 😉 Ot przypadek – wracam więc do oglądania.

paulinabasta.com

Bo ja czasami odjeżdżam, Grzegorz w dość mocną chmurę abstrakcji. W tekście „cinkciarz” jest użyty celowo i ma znaczyć nielegalny handel… słowem.

No ale nielegalny handlarz czymkolwiek to jedno, a cinkciarz to co innego, bo dotyczy wyłącznie walut, słowo pochodzi od „change money”, niezupełnie dobrze wymawiane za PRL jako „cińć many”

paulinabasta.com

W standardowym ujęciu tak, u mnie dzisiaj słów cięcie-gięcie…

Paula

Paulino, nie tłumacz się, to jest klasyczny mansplaining 😉

paulinabasta.com

Jeszcze wierzę, że można człowieka przekonać;)

Możesz być kim tylko chcesz. Nie, nie możesz.

paulinabasta.com

Ja nie mogę?;)

Karolina M

Moj ulybiony tekst so far. Pewnie dlatego, ze dosc często dumam nad tym zagadnieniem i niose go na własnych sztandarach.

paulinabasta.com

Ło! A to niespodzianka… Tak to chyba czasami bywa – miałam na dziś zaplanowany inny tekst, ale na fali tego telefonu z siedemnastej, zasiadłam i naklikałam tenże. Cieszy, że wpadł w ulubioność 🙂

Problemy zamienione na wyzwania – moje ulubione 🙂 Wszak w super-firmie brzydkich problemów być nie może. A z każdym pięknym wyzwaniem zmierzyć się można. W tej semantyce to się zapętlam codziennie, wchodzi w krew niestety…

paulinabasta.com

Wchodzi, wchodzi… Przeżyłam, wiem, staram się pozbyć;)

ja to nazywam PR-em firmowym. I szczerze tym ” zwracam”. Rozmywa to wszelką komunikację i wprowadza dysonans wśród odbiorców. Bo przykładowe wyzwanie winno raczej ekscytować, a tymczasem czujemy złość, lęk… wszystko, tylko nie ekscytację. I myślimy, że coś jest z nami nie tak- wyzwań nie lubimy czy jak ? Bo problemy to mało kto lubi, więc to byłoby przynajmniej spójnie.
Inna odsłona tego zakrzywiania rzeczywistości to propaganda sukcesu w każdej sytuacji: w jednej z firm, dla których pracowałam nie wolno było informować pracowników o tym, że ktoś odszedł. Firma z kilkoma oddziałami, ludzie powinni byli wiedzieć kto obecnie gdzie pracuje,a kto już nie pracuje. Informować mogliśmy o tym, że kogoś przyjęliśmy i jaki to cenny nabytek( oczywiście podbarwione info). Dla postronnego obserwatora w firmie były tylko przyjęcia 🙂 Zwolnień brak.
Wszelkie prezentacje, analizy, posumowania aż się roiły od optymalizacji strategicznych obszarów, międzynarodowych aliansów i fuzji. Słowem jeden wielki, nieustający sukces. Liczby mówią co innego, ale wystarczy je przedstawić w innym kontekście i już nabierają kolorów.
Level hard: firma na skraju upadłości, odchodzą kluczowe osoby, wszystko się wali, a zarząd wypuszcza komunikat, iż osiągnęliśmy właśnie wielki sukces, bo coś tam…
Stan obecny- ta firma nie istnieje, a jej pracownicy są wysokiej klasy specjalistami w czytaniu „między wierszami” 😉

paulinabasta.com

Ałć! Level hard zwala z nóg.

Kamil Karcz

Biedra-klient to tez człowiek i co prawdopodobne nie stać go na kosmetyki bo ma większe zmartwienia niż wrażliwość innych osób na zapachy takie czy inne. Tak czy inaczej jest to PROBLEM na inna dyskusję.

paulinabasta.com

Fakt – na inną i fakt – też człowiek. Higiena, rzeczą bardzo ludzką…

Problem przygniata, przytłacza, z problemem się walczy, problem pokonuje człowieka. Wyzwanie ekscytuje, dodaje skrzydeł, ktoś podjął wyzwanie, ktoś sprostał wyzwaniu. Tak najczęściej myślimy. I jeśli mam słuchać kogoś, kto narzeka, bo ma PROBLEM i ten problem jest uzasadnieniem niepodejmowania żadnych działań, zamknięcia się w myśleniu: i tak nie dam sobie rady, bo to jest PROBLEM, a problemy przytłaczają, pokonują itd., to wolę powiedzieć – ej, otrząśnij się, to nie problem, tylko wyzwanie, szukaj drogi wyjścia, a nie mi tu jęczysz.
🙂

paulinabasta.com

Bo mówisz, Asia o wydarzeniach incydentalnych/unikatowych. Takich, które w zależności od oprawy interpretacyjnej, albo motywują, albo dobijają. Ja, z kolei odniosłam tę retorykę „sukcesu” do pewnej formy codzienności korporacyjnej. W moim przekonaniu, nadużywanie słowa „wyzwanie” (szczególnie w kontekście problemów powtarzalnych, rutynowych, do ogarnięcia w 3 minuty) znacznie osłabia jego źródłową moc sprawczą. Żeby coś mogło być wyzwaniem, człowiek musi uwierzyć, że rzeczywiście jest to rzecz ważna. Tylko wtedy, w rezultacie jego pokonania, pojawia się emocja komplementarna, czyli poczucie satysfakcji.

Świetny tekst, bez zaskoczenia 🙂 Przypomniało mi to studia kulturoznawcze – takie magiczne myślenie, że słowo może zmienić rzeczywistość jest zdaje się typowe dla społeczeństw piewotnych 🙂
Z jednej strony mocno wierzę, że to jakiego słownictwa używamy ma znaczenie – i już chyba 2. miesiąc staram się dokończyć wpis na ten temat – ale z drugiej pomysł, że słowa mają wpływ nie tylko na naszą percepcję rzeczywistości ale też na tę rzeczywistość bezpośrednio… no coż…

paulinabasta.com

To chyba, Kasia zależy od proporcji… Trochę tak, jak z wyznaniem miłości. Jak powtarzasz ‚kocham’ sto razy dziennie, emocje końcowe odbiorcy są dużo słabsze, niż kiedy te słowa padają we właściwych, niecodziennych sytuacjach. Nawet najmocniejsze słowo w nadmiarze traci moc…

paulinabasta.com

Ps. Naród czeka na post:-)

Cześć, przypomniał mi się Twój post, niemal miesiąc po publikacji, więc wracam;-) Uważam, że tekst jest świetny i dał mi dużo do myślenia, nawet nie w kwestii pracy, ale bardziej w kwestii postrzegania codziennych spraw. Dziś chciałabym jednak napisać o tym, jak językowe manipulacje usprawniły działanie małej firmy, która z korpomową nie ma nic wspólnego. U nas zawsze były problemy, dużo małych i kilka dużych, których nie miał kto rozwiązać. Przedstawienie sytuacji jako „problem” działało w ten sposób, że każdy chciał go od siebie odsunąć i przenieść obowiązek rozwiązania go na kogoś innego. Nie każdy wie, ale problem ma to do siebie, że może pozostać nierozwiązany! („Cóż ja mogę? Góry nie przeskoczę, łokcia nie poliżę…”). A to bardzo patologiczne podejście a)dla jednostki – bo skoro jednego problemu nie musiałam rozwiązać, to i drugi i dziesiąty może sobie leżeć; b)dla grupy – bo skoro on nie musi, to ja też nie. Marazm, wzajemne niechęci i coraz słabsze wyniki – nic tylko zmienić pracę, porzucić to beznadziejne środowisko, albo… No właśnie! Tu wkroczyło wyzwanie, które było efektem spotkań w całym gronie i gadania, gadania, gadania (którego w korpo pewnie jest za dużo, a u nas było za mało). Z grupy osób pracujących obok siebie przekształciliśmy się z czasem w zespół wspólnie stawiący czoło kolejnym wyzwaniom. Nagle się okazało, że problem – zbyt trudny dla jednej osoby – wymaga po prostu wykorzystania kompetencji kilku osób i można go „odfajkować” po jednym dniu, choć zalegał przez pół roku. Problemy nas paraliżowały i zamykały w sobie – nikt nie chciał się wychylać, by go nimi nie obarczono. Wyzwania sprawiają, że w pokoju robi się głośniej, razem poszukujemy nowych rozwiązań i na bieżąco wyłapujemy ich mocne i słabe strony. Stare problemy to nasze nowe wyzwania, które baaardzo polubiliśmy 🙂 Twój tekst świetnie pokazuje co się dzieje, gdy problem nazwiemy wyzwaniem, mój przykład ilustruje sytuację odwrotną – gdy wyzwania postrzega się jako problemy. Pewnie ciężko jest znaleźć równowagę – tak w pracy jak i w życiu, ale na pewno warto do niej dążyć. Pozdrawiam, dziękuję za zacną lekturę;-)

paulinabasta.com

Powiem Ci, Paula, że ja to chyba mam najlepszych Czytelników pod słońcem! To jest ten moment, w którym wymiana zdań/opinii/doświadczeń jest prawdziwie wartościowa.
Nie dość, że twoja część historii jest bardzo ciekawa, to jeszcze trafiła w samo sedno zjawiska, które siedzi tuż obok tego, o którym pisałam ja. Pokazuje, jak to ekstremizmy nie są wskazane nigdzie, a prawdy absolutne po prostu nie istnieją.